Krótka historia mojego związku ze Starbucksem

Krótka historia mojego związku ze Starbucksem

Kiedy w Bombaju otwarto pierwszy indyjski Starbucks, kolejka była tak długa, że ​​lokalna chai -uesdays zabił, sprzedając herbatę i kawę tym, którzy czekali w kolejce po herbatę i kawę.

Nie wydawało mi się dziwne, że ludzie w Indiach tak długo czekali na Starbucks. Urok Starbucks był urokiem zagranicy, a jako dziecko dorastające w Indiach kawa Starbucks była dla mnie równie legendarna, jak syrenka w jej logo. Gdybym nigdy nie przeprowadził się do Ameryki w wieku 10 lat, czekałbym w tej kolejce, popijając herbatę za 5 rupii (0,092 dolara). Ale przeprowadziłem się, 6711 mil morskich dalej, do Closter w stanie New Jersey - do miasta z opuszczonym budynkiem szkolnym, bogatymi i nie tak bogatymi częściami, miastem Korei, trzema mrożonymi knajpkami jogurtowymi, pięcioma salonami masażu, dziesięcioma salonami paznokci, i Starbucks.

Kiedyś przy Closter Dock Road była niezależna kawiarnia o nazwie Mr. Rohr’s. Dziewczyna, która siedziała przede mną w prealgebrze, powiedziała mi kiedyś, że jeśli poszedłeś tam po upieczeniu, wyglądało to jak Hogwart. Ludzie przestali chodzić do pana Rohra, gdy w pobliskim centrum handlowym otworzono Starbucks. Starbucks był kiedyś niezależną księgarnią, a wszyscy ludzie, którzy tam pracowali, teraz pracują w bibliotece publicznej.

Kiedy po raz pierwszy zostałem zaproszony na spotkanie z ludźmi „w centrum”, mieliśmy spotkać się w Starbucks. Byłem w piątej klasie i zaplanowałem swój strój z pięciodniowym wyprzedzeniem. Tego dnia mocno padało. Ubrany od stóp do głów w Limited Too, zajrzałam do sklepu, a parasolka stukała o szybę.

„Zdecydowaliśmy się pojechać gdzie indziej i nie wiedzieliśmy, jak się z tobą skontaktować” - powiedział mi mój przyjaciel w poniedziałek później. Tylko popularne dzieci miały wtedy telefony komórkowe.

"Jego naprawdę DOBRZE!!" - nalegałem, trochę zbyt chętnie. W moim głosie wciąż pozostawały ślady Indii.

Przez kilka następnych lat ostrożnie podchodziłem do Starbucksa, spodziewając się, że rozczarowanie pachnie ziarnami kawy. Czułem się bardziej komfortowo na ulicy u pana Rohra, z ich logo królewskiego lwa i baristą, który ćwiczył na gitarze podczas przerw. Ściganie lwa może być trudne, ale syrenka nie istnieje.

W końcu włączyłem się do tego Starbucksa, nie bez siły. Upewniłem się, że mam znak firmowy, po którym bariści mnie rozpoznają - „krótkie” zamówienie na drinka. Moja przyjaciółka Camilla i ja kłamalibyśmy, zastępując nauczycieli w kwestii pójścia do łazienki, pójścia do Starbucks i powrotu. Uczyłem się tam do egzaminów SAT. Poproszono mnie o bal maturalny w ogródku i zatopiłem twarz w siatce stołu w młodzieńczej nędzy po randce na balu z kimś innym. Dostał pracę jako gra na pianinie na statkach wycieczkowych, a ja jestem niezależnym pisarzem, który nadal mieszka w domu. Ciągle wracam do Starbucksa do pracy, choć zawsze wychodzę zirytowany. Myślę, że kiedy jesteś sam, nawet najbardziej powierzchowny wyraz rozpoznania w oczach ludzi ma pewną wagę.

Sącząc „krótki” drink, wpatruję się sztyletami w gadatliwe nastolatki skulone nad swoimi iPhone'ami, które wydają się mówić tylko o rozmowach, które prowadzą gdzie indziej, na Facebooku, Instagramie lub Snapchacie, chociaż wiele moich rozmów odbywa się właśnie w tych te same miejsca (OK, może nie Snapchat). Starbucks miał kiedyś prosty, leśno-zielono-czarny układ, kiedy byłem gadatliwym nastolatkiem śmiejącym się z żartów moich przyjaciół, zauważając, ale ignorując spojrzenia, które starsi ludzie kierowali na mnie zza gazet. Teraz ma zdjęcia w odcieniach sepii afrykańskich mężczyzn i kobiet pracujących na plantacjach kawy w ramach sprawiedliwego handlu, z miejscami rdzennych mieszkańców Ameryki Łacińskiej umieszczonymi gdzieś w kolażu. To sprawia, że ​​sklep wygląda na bardziej zatłoczony niż już jest.

„Myślę, że to obraźliwe” - powiedział mi mój przyjaciel.

„Myślę, że to globalizacja” - chciałem odpowiedzieć, dziwnie broniąc tego mojego zastępczego domu, chociaż się z nią zgadzałem.

Zabawne - gdy stałem się bardziej lokalnym mieszkańcem Closter, mój Starbucks okrążył świat.

Ostatnim razem, kiedy tam byłem, zauważyłem pana Neblunga, mojego nauczyciela historii świata w szóstej klasie, czekającego w kolejce. Wyglądał przystojnie, prawdopodobnie po trzydziestce, i miał taką samą podłużną twarz. Zrozumiałem, że musiał być w moim wieku, kiedy zaczął uczyć. Polubiłem go, ponieważ jego imię brzmiało jak Neptun, który był moją ulubioną planetą. Wiedział, że właśnie przeprowadziłem się z Indii i pokazał mi zdjęcia, jak gra na gitarze boso w wioskach Tamil Nadu, co nie sprawiło, że poczułem mniej tęsknoty za domem, ale mimo to doceniłem ten gest.

Dużo czasu zajęło mi wkładanie połowy na pół do kawy, aby zaplanować najmniej niezręczny sposób, w jaki mogłem się przywitać, ale zamiast tego postanowiłem wrócić do mojego stolika i pomachać do niego, wychodząc. Pamiętam, że dał nam dużo swobody twórczej w naszych projektach grupowych; jedna grupa prowadziła zajęcia o starożytnym Rzymie w rytm „Waterfalls” TLC („Don Don't Go Chasing Charlemagne”). Z opróżnionych pudełek po cukierkach na Halloween lub kostek cukru Domino wznosiliśmy piramidy. Uwielbiałem jego zajęcia z tego samego powodu, dla którego uwielbiałem Neptuna, jego zdjęcia i początkowo Starbucksa - był spowity urokiem gdzie indziej.

Kiedy pan Nublung przechodził obok mojego stołu, próbowałem unieść rękę lub wypowiedzieć pozdrowienia, ale nie mogłem, jakby słowa zamieniły się w watę cukrową w mojej tchawicy. Wyglądał na pospiesznego i zdecydowanego, podczas gdy ja zamieszkiwałem przestrzeń jak zgorzkniały poltergeist. Patrzyłem, jak wsiada do samochodu i odjeżdża, wyobrażając sobie, co bym powiedział, gdyby czas cofnął się tylko o minutę.

Panie Neblung? Czy pamiętasz mnie? Teraz edytuję książki. Obcięłam wszystkie włosy i nie pozwalam już ludziom przechodzić po sobie. Pierwszy indyjski Starbucks otworzył się w Bombaju kilka tygodni temu. Przepraszam, Bombaj. To jest postkolonialna nazwa. Syrenka przybyła do Bombaju.


Obejrzyj wideo: SZKOŁA życia