Przemoc bezcielesna w najbardziej niebezpiecznym mieście świata

Przemoc bezcielesna w najbardziej niebezpiecznym mieście świata

Alice Driver o anatomii przemocy w Ciudad Juárez w Meksyku.

Pewnego dnia, w drodze do metra, kiedy wracałem do domu z wolontariatu, zobaczyłem bladą brzoskwiniową nogę unoszącą się nad tłumem. Unosił się bezcielesny i nagi w kierunku wejścia do Metro Eugenia w Mexico City. Przyspieszyłem kroku, pchnąłem naprzód i ruszyłem w stronę obdartego mężczyzny niosącego nogę. Kiedy się zbliżyłem, zobaczyłem szczupłe, amputowane udo. Mężczyzna, wyczuwając mój wzrok, odwrócił się i pchnął nogę w moją stronę.

Machnięciem ręki skinął na mnie, abym przyjrzał się ocieplaczowi na nogi w czarno-niebieskie paski. Noga była częścią jego prezentacji. Przebiegłem obok, wpatrując się w nogę, na sugestię ciała, rozczłonkowania, podniecenia ciała, wszystkiego, co tak często widziałem w wiadomościach.

I to nie była tylko noga; Wszędzie widziałem części ciała. Przed zardzewiałym brązowym samochodem w La Merced, najstarszej dzielnicy Meksyku, zobaczyłem dwa wyprofilowane manekiny na tyłkach i nogawkach ubrane w spodnie w panterkę i zebrę. W drodze na targ widziałem stanik z dwudziestoma cycatymi torsami w różnych stanach rozpadu. Często manekiny były nagie, pozostawiając na widoku wszystkie zmęczone niedoskonałości.

Popiersia były pełne nacięć, zadrapań i nacięć. Przeszedłem obok stołu pokrytego bladoskrzydłowymi ramionami, na których palcach widać było wymyślne sztuczne paznokcie, takie, które mogą dźgnąć i zabić. Czasami manekiny były układane w stos na platformie ciężarówki; kobiece torsy związane razem i złuszczające zmęczoną srebrno-zieloną skórę. Jeden nagi tors siedział na ulicy, pełen kształtów od uda do piersi. Ktoś ubrał biust w czarny top bez ramiączek, ale zostawili jej pupę nagą. Plastikowa butelka Coca-Coli została wciśnięta w jej krocze.

Mężczyzna w recepcji zapytał mnie z błyskiem w oku: „Jesteś tu w interesach czy dla przyjemności?”

Wizualna przemoc tych części ciała przypomniała mi moją pierwszą podróż do Juárez, która odbyła się po dwóch latach spędzonych na badaniu przemocy, po setkach dni otrzymywania e-maili i wiadomości o liczbie zgonów Juáreza. Czytałem w wiadomościach o rozczłonkowanych ciałach tak dużo, że prawie się spodziewałem, że je zobaczę, jak wizja widmowej nogi, którą znalazłem po kilku miesiącach w metrze.

Czytałem o ścięciach, strzelaninach, odcięciu rąk, rozczłonkowaniu torsów i ponownych zabójstwach (w których członkowie gangu ścigali karetki z ludźmi, których próbowali, ale nie udało im się zabić w celu naprawdę zabijanie ich). Wiedziałem, że zimą 2010 roku w mieście zginęło średnio 6-7 osób dziennie, a latem liczba ta wzrosła do 11-12. Podróżowałem tam w maju i wyobrażałem sobie, że miernik wykonania wypadł gdzieś pomiędzy tymi statystykami.

Kiedy przybyłem do hotelu, zostałem wprowadzony do sklepionego, klimatyzowanego holu. Mężczyzna w recepcji zapytał mnie z błyskiem w oku: „Jesteś tu w interesach czy dla przyjemności?” Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć. „Kto przyjeżdża na wakacje do najbardziej niebezpiecznego miasta na świecie?” Chciałem krzyczeć. Wszyscy w hotelowym lobby byli ubrani w garnitury, reprezentacyjni, opanowani i opanowani. W międzyczasie miałam na sobie krótkie spodenki i koszulkę Goodwill z chińskim napisem.

Czułem się bezpieczniej w koszuli z napisem, którego nikt, nawet ja, nie potrafił rozszyfrować. Stojąc w recepcji, spojrzałem na zewnątrz na gigantyczny turkusowy basen otoczony palmami. Temperatura na zewnątrz dochodziła do 100 stopni, ale i tak nie było na tyle gorąco, by skusić mnie do przebrania się w kostium kąpielowy w najbardziej niebezpiecznym mieście na świecie.

Julián Cardona, fotograf z Juárez, spotkał się ze mną w hotelu i pojechał ze mną autobusem do centrum miasta. Rozmawiałem z nim rok wcześniej i powiedział mi: „Jeśli kiedykolwiek przyjedziesz do miasta, daj mi znać”. Na nasz pierwszy wywiad przeszedł z Juárez do El Paso, żeby spotkać się ze mną w Starbucks. Nie miał powodu, by pomagać mi, nieznanemu doktorantowi, w moich badaniach. A jednak to zrobił.

Jak każdy dobry fotograf, był zwykłym człowiekiem i potrafił wtopić się w każdy tłum w swoich znoszonych dżinsach i koszulce. Był obserwatorem i żeby to zrobić, musiał stać się częścią swojego otoczenia. Z naszego godzinnego wywiadu wywnioskowałem, że był to człowiek o kilku słowach, ale o zdecydowanym działaniu. Gdyby przyszła z wizytą, spotykał młodą studentkę, która próbowała przeprowadzić własną małą pisemną rewolucję przeciwko przemocy na lotnisku w Juárez. A rok później, bez pytania, zrobił to.

Inni chcieli wiedzieć, co robię i dlaczego. Zastanawiali się, dlaczego interesuję się Juárezem. Kiedy przekroczyłem granicę Kanady, aby udać się na konferencję na temat studiów latynoamerykańskich w Toronto, straż graniczna powiedziała: „Dlaczego nie studiujesz problemów we własnym mieście?” To uczucie było powszechne. Ludzie chcieli wiedzieć, dlaczego zależy mi na Juarezie. Studiowanie i pisanie o przemocy było często przygnębiające. To, co dodawało mi sił, to dowiadywanie się o rodzinach i aktywistach, których przemoc zmieniła. Nie pozostali ofiarami, ale przeszli przez ten etap i znaleźli siłę do walki ze skorumpowanymi instytucjami.

Przemoc pozostawała na dystans, opowiedziana historia, wskazany palcem.

Pierwszego dnia w Juárez, Julián i ja poszliśmy do La Mariscal, dzielnicy czerwonych latarni, która została zburzona kilka miesięcy wcześniej. Prostytutki i narkomani zostali zmuszeni do przeniesienia się do innych części miasta. Szedłem ulicami nieśmiało, ale zaciekawiony geografią, o której pisałem.

„Nie rób zdjęć na tej ulicy” - ostrzegł mnie Julián. Minąłem słupy telefoniczne pokryte ulotkami z twarzami zaginionych dziewcząt. Byłem zajęty przeglądaniem antyrządowych graffiti i wyburzonych budynków, kiedy zapytał „Czy pijesz?”

Prawie powiedziałem tak, ale potem przypomniałem sobie, gdzie byłem i powiedziałem: „Nie. No, czasami. Tak, czasami, ale nie tutaj.”

Wskazał na Kentucky Club i powiedział: „Wynaleźli margaritę”.

"Oni zrobili?"

Kentucky Club, jeden z najstarszych barów w mieście, był wizją ciemnego polerowanego drewna. Był opuszczony. Poza nami nikt nie pił w południe. Barman ubolewał nad upadkiem miasta.

Gdy zbliżał się wieczór, Julián zabrał mnie do jednej z ostatnich bezpiecznych przestrzeni publicznych w mieście, oazy dla intelektualistów, pisarzy, fotografów i naukowców: Starbucks. Dziwnie było zamówić latte, siedzieć spokojnie w Starbucks w otoczeniu iPadów. Przyjechał przyjaciel Juliana i opowiedział historię swojego niedawnego porwania samochodu. Był w swoim samochodzie na znaku stop i czekał, aż młody chłopak przejdzie przez ulicę. Jednak facet wyciągnął broń, zmusił go do wyjścia z samochodu i odjechał. W tej samej chwili przejechał samochód policyjny i wskoczył do niego przyjaciel Juliána. Zaczęli ścigać jego skradziony samochód.

„Gdzie ukradziono ci samochód?” Zapytałam.

Wskazał okno Starbucks i powiedział: „Na tym znaku stop”. Przemoc pozostawała na dystans, opowiedziana historia, wskazany palcem.

Przez kilka następnych dni jechałem zmilitaryzowanymi ulicami, mijając rzędy czarnych ciężarówek wypełnionych uzbrojonymi mężczyznami z AK-47. Czasem przejeżdżali policjanci na błyszczących motocyklach, które wyglądały, jakby były ręcznie wypolerowane.

Kiedy odwiedziłem Universidad Autónoma de Ciudad Juárez, żeby spotkać się ze studentami, powiedzieli mi, że życie jest zarówno normalne, jak i surrealistyczne. Dziewczyna o niebieskich włosach powiedziała: „Kiedy moja rodzina jedzie na wakacje do Acapulco, ludzie pytają, skąd jestem. Kiedy mówię Juárez, natychmiast szepczą: „Uciekasz?”, A ja odpowiadam: „Nie, jestem na wakacjach” ”.


Obejrzyj wideo: Przemoc domowa z perspektywy strategii stosowanych przez ofiary i sprawców - podinsp. dr Bogdan Lach