Doors and Beats: Dziwne filary amerykańskiej kultury w Meksyku

Doors and Beats: Dziwne filary amerykańskiej kultury w Meksyku

Stałem w tłumie ludzi po festiwalu muzycznym w Mexico City, kiedy zobaczyłem faceta z bródką i okularami w rogowej oprawie rozdającego ulotki. Pomyślałem, że ten facet musi naprawdę lubić Johnny'ego Deppa. Spojrzałem na ulotkę. Reklamował koncert zespołu hołdowego Doors, prowadzony przez faceta rozdającego ulotki. Był odtwórcą roli Johnny'ego Deppa i zamierzał czytać wiersze Lawrence'a Ferlinghettiego między piosenkami.

Mniej więcej w tym czasie zdałem sobie sprawę, że dla pewnej znaczącej populacji meksykańskich mężczyzn pisma Beat Generation i muzyka The Doors stanowiły szczyt amerykańskiej kultury.

Ich liczba może i była niewielka, ale wszędzie widziałem ich znaki. Na imprezie po imprezie obiboki / hipster kolesie zapytali mnie, czy podoba mi się Kerouac czy Ginsberg, podczas gdy „Soul Kitchen” grało na stereo. Z autobusu wyjeżdżającego z zajezdni Observatorio zauważyłem „Krieger-Manzarek” pomalowany w sprayu wielkimi literami na betonowej barierze na autostradzie. Nawet w najbrudniejszym, najbiedniej wyglądającym barze w małym miasteczku, do którego poszedłem w Meksyku, gdzie starcy w białych kowbojskich kapeluszach siedzieli i palili przy drzwiach salonu, a kobiety nie miały wstępu po pełnym banda ballady ktoś umieścił „Riders on the Storm” na szafie grającej.

Młody poeta, który odbył ze mną dwie lekcje angielskiego, chciał omówić powieści Johna Fante. Nigdy wcześniej nie słyszałem o autorze, ale szybko się okazało, że poeta interesował się Fante głównie ze względu na jego związek z Beats. Na pchlim targu Chopo hołd dla Doors grał głośno i źle na dużej scenie, facet z Jima Morrisona chroniony przed południowym upałem siłą podszywania się pod inne osoby i skórzanymi spodniami.

Na początku zdziwiła mnie ta obsesja na punkcie Burroughs i „Roadhouse Blues”. Wśród ludzi w Nowym Jorku, którzy twierdzą, że czytają ważne powieści, Beaty są zwykle czymś, z czym powinno się przejść po szkole średniej. The Doors oczywiście uwielbiali Beats - podobnie jak wielu rockmanów z lat 60. - i podobnie jak w przypadku Beats, oczekiwano, że wyrośniecie z ich teatralnego hedonizmu na drodze do docenienia „poważnej” muzyki.

Uznałem, że niedojrzałość kulturowa jest złym wytłumaczeniem tego zjawiska i spojrzałem w przeszłość. Historia stosunków amerykańsko-meksykańskich często przypomina przebieg amerykańskich przejęć terytoriów, wyzysku polityk handlowych i niezbadanego rasizmu, gdy patrzy się na nie z południa granicy. Z kolei pokolenie beat'ów może stanowić punkt kulminacyjny w interakcji między dwoma krajami. W końcu Kerouac, Burroughs i Ginsberg kochali Meksyk i spędzali długie godziny w Mexico City i Cuernavaca. W Na drodzeSal nazywa wiejski Meksyk „złotą krainą, z której przyszedł Jezus” i widzi w oczach miejscowych swój ideał błogosławieństwa. The Beats „dostali” w Meksyku coś, czego nie mieli inni amerykańscy pisarze.

Jednak nadal nie mogłem rozgryźć sprawy Doorsów. Niektórzy twierdzą, że plotki o Jimie Morrisonie, który zbierał grzyby w Hidalgo i był fotografowany z rodzimym naszyjnikiem, zainspirowały meksykańskich hipisów do zbadania ich rdzennych korzeni. Ale jest jeszcze ważniejszy czynnik: wydaje się, że między 1960 a końcem lat 80. w Meksyku występowały tylko dwie główne anglojęzyczne grupy rockowe. Pierwszym był The Byrds, który odbył się w marcu 1969 r. Podczas burzliwego, niesłyszalnego koncertu na stadionie. Trzy miesiące później przybyli Doors.

Pierwotnie mieli zagrać koncert dla mas w Mexico City plaza de toros, ale burmistrz wygodnie udał się na wycieczkę do Związku Radzieckiego, kiedy miał podpisać pozwolenie na rozrywkę. Skończyło się na tym, że grali w ekskluzywnym klubie, gdzie dzieci elity nieśmiało przyglądały się rokanrol. Jednak na zewnątrz, w ulewach pory deszczowej, tysiące zwykłych Meksykanów tłoczyło się na chodniku, żeby złapać kawałek „Light My Fire”.


Obejrzyj wideo: Umierająca sadzonka borówki amerykańskiej dostaje szanse 19 sierpień 2020