Co jest stracone (i zdobyte), gdy podróżnik się ustatkuje

Co jest stracone (i zdobyte), gdy podróżnik się ustatkuje


We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

Potykając się o pudła, zaniepokojony tym procesem osiedlania się, połykam pragnienie bycia w rozklekotanym autobusie toczącym się po wyboistej drodze z głową uderzającą o brudne okno i wszystkie moje rzeczy u stóp. Bujna zieleń Kolorado wczesną wiosną przypomina mi trochę Ugandę i spędzam godzinę przeglądając stare dzienniki z podróży, przypominając sobie zapach czapati i ogniska, pstrokate kurczaki wachlujące pióra ogonowe na tle bananowców i góry.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy zdobyłem mieszkanie, meble, nową pracę. Wyciągnąłem z magazynu dwanaście pudeł z książkami, spędziłem godziny na rozpakowywaniu pogniecionej gazety, aby odsłonić oprawione zdjęcia, obraz Jerozolimy, zwijane pocztówki z wyblakłymi krajobrazami, garść pogniecionego jordańskiego dinara schowanego w starym dzienniku.

Wieczorami w roztargnieniu krążę po moim nowym mieszkaniu. Jest kuchnia i balkon, pralka i kominek. Sklepione sufity i świetliki sprawiają, że miejsce wydaje się większe niż jest, ale nawet bez tego dodatku czuje się jak w pałacu. Po trzech miesiącach wciąż budzę się i gapię na całą tę przestrzeń, która jest tylko dla mnie.

Ale nawet gdy podziwiam tę zmianę okoliczności, tęsknię za łóżeczkiem, wyszczerbionymi płytkami podłogowymi i rozpadającym się gorącym talerzem w moim dusznym pokoju na dachu w Betlejem. Brakuje mi zapachu arabskiej kawy, wezwania do modlitwy, chłodu ciężkich kamiennych ścian. Tęsknię za siedzeniem na dachu, wpatrywanie się w pofałdowane wzgórza, wyczuwaniem swojego życia w niepewnej równowadze braku wiedzy, co będzie dalej.

Boję się, że wygodnie zamieszkam w tym miejscu, a moje wędrowne lata nie będą już rdzeniem mojej tożsamości.

Kiedy znudzi mi się przeszukiwanie worków i pudełek, wychodzę na zewnątrz, wyciągam się na trawę i wpatruję się w Flat Irons, myśląc, że gdybym jutro opuścił Kolorado, tęskniłbym za tymi górami i zapachem pól. pieczenie na słońcu. To nie Betlejem, ani Kampala, za którymi tęsknię, ani Kolorado sprawiają, że jestem niespokojny.

Kiedy jestem ze sobą szczery, przeraża mnie, że wygodnie zamieszkam w tym miejscu, a moje wędrowne lata nie będą już rdzeniem mojej tożsamości, ale tylko chwilą w moim życiu. Na przykład szkoła średnia lub obóz letni, coś, co zniosłem lub kochałem, ale coś, co było tylko tymczasowe. Ten strach zaskakuje mnie przede wszystkim rano, kiedy jadę na rowerze do pracy, a słońce wpada w zginanie długiej trawy na polach, powietrze jest świeże i chłodne, a ja chcę być tylko w drodze. A potem zastanawiam się, jak wygląda moje życie, kiedy jest zakotwiczone w jednym miejscu.

Moje koczownicze życie było pełne niepewności, podszytej niepokojem. Bardzo mi się podobało, ale nie było to łatwe. Ciągle staram się utrzymywać relacje, załatwiać sprawy wizowe, walczyć o życie w języku, który ledwo rozumiałam, walczyć o życie chwilą, zawsze myśląc o dwóch krokach do przodu. Kiedy depresja osiadła jak kamień na mojej piersi, mama błagała mnie, żebym wrócił do domu. Nie mogłem. I nie potrafiłem wyjaśnić, dlaczego. Teraz, odkrywając szczyty mojego nowego domu, patrząc na Las Roosevelt National Forest i Rocky Mountain National Park, wiem dlaczego.

Jak gorzkie może być życie za granicą, kiedy się zmagasz, to było to życie, które wyrzeźbiłem, i to było życie, które wybrałem. Bojąc się życia podyktowanego strachem przed porażką, chciałem wyrwać się z muszli, doświadczyć wszystkiego, mówić wieloma językami, otworzyć oczy na geograficzne i kulturowe cuda świata. Szukałem czegoś, czego byłem pewien, że nigdy nie znajdę w domu. Kiedy wyszedłem, nie miałem zamiaru wracać.

Ale po pięciu latach, po tym, jak dusiłem się w paraliżującą depresję, po tym, jak podskakiwałem między wieloma krajami, obracałem się w tak wielu kierunkach, że nawet moi najlepsi przyjaciele nie mogli śledzić, gdzie jestem, obudziłem się pewnego ranka i zdał sobie sprawę, że czas wracać do domu.

Nie mogę żałować tej decyzji, ale każdy kolejny dzień oddziela mnie od miejsc, do których należałem, miejsc, do których się nauczyłem. Kopiąc korzenie głębiej w skalistej ziemi Kolorado, muszę porzucić uścisk nad brzegiem Neckar, gdzie po raz pierwszy studiowałem za granicą, górami Grenoble, które strzegły mnie, gdy się rozpadałem, zakurzonymi wzgórzami Betlejem, gdzie pozbierać się z powrotem.

I wiem, że nigdy nie będę należeć do tych miejsc tak, jak kiedyś.

Powoli godzę się z tym, kierując wzrok z obrazu Jerozolimy na widok z mojego okna. Nie żyję już z walizki. Moje życie nie zależy od słowa „może”. Kiedy mam ciężki dzień, nie mogę wrzucić wszystkiego do plecaka i uciec. Zamiast tego biorę głęboki oddech, odpychając niepokój, który mówi, że rozwiązaniem wszystkiego jest następny pociąg za miastem.

Chciałem nauczyć się być silnym, ale zdaję sobie sprawę, że nauczyłem się tylko tego, jak być wrażliwym.

Ale kiedy światło znika z powrotem pod górami, oświetlając je od tyłu, kwestionuję swoją decyzję o zapuszczeniu korzeni, zastanawiając się nad Losami i wyobrażając sobie, jak nici mojego własnego życia trzepoczą luźno z ich palców.

Podróżowanie to lekcja niewygody, ciągłe ćwiczenie pokory. Każda chwila to walka o poprawę i odparcie lęku przed porażką, pełna małych zwycięstw, niezliczonych upokarzających okazji do śmiechu z siebie. Czy zapomnę o tej części siebie? Czy wymknie mi się z opuszków palców tak, jak francuski wymyka mi się z pamięci?

Kiedy odwijam bibeloty z moich przygód, odciągam warstwy bibuły, by odkryć lekcje, które wpadły mi w wyciągnięte ręce, prawdy, które nasyciły moje głodne serce. Jak Niemcy próbowali mnie nauczyć nie bać się popełniania błędów, jąkania się przy słowach, każde zdanie to doskonały wrak pociągu. Jak Francja nauczyła mnie patrzeć w górę, znajdować ukojenie w małych wygodach życia, szukać schronienia w skalistych Alpach. Jak Uganda okazała mi niezgłębioną łaskę, udowadniając, że można nic nie mieć i wciąż dawać wszystko. Jak Betlejem nauczyło mnie wyciągać rękę, prosić o pomoc, zbierać połamane kawałki i mocno je przytulać.

Chciałem się nauczyć, jak być silnym, ale patrząc przez ramię, zdałem sobie sprawę, że nauczyłem się tylko, jak być wrażliwym.

Kiedy popołudniowe burze przetaczają się nad górami, schodząc do Boulder, siedzę cicho, czując grzmot odbijający się od wzgórz, dysząc z podziwem dla błyskawicy rozbijającej się o niebo. Nie mam odpowiedzi na żadne z moich pytań, nie wymyśliłem, jak zrównoważyć potrzebę stabilności z koczowniczym umiłowaniem niepewności lub przestać się bać.

Zamiast tego spędzam dni nasłuchując skowytu kojota, chwiejąc się powoli wzdłuż górskiego grzbietu, zmuszony do stawiania ociężałych kroków i głębokich oddechów. Często przerywam, odchylam głowę do tyłu i mrużę oczy, gdy gromadzą się chmury. I kiedy to robię, odkrywam, że Kolorado uczy mnie, jak siedzieć spokojnie, patrzeć, jak rozwijają się burze, jak radzić sobie z niepokojem pod tym rozległym niebem.

I jakoś to wystarczy.


Obejrzyj wideo: Na krańcu tęczy - Wyprawa w nieznane z Edem Staffordem - Discovery Channel