Gdzie ludzie piekli ludzi

Gdzie ludzie piekli ludzi


We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

W AUSCHWITZ tata i ja idziemy wyboistą ścieżką. Metalowa tabliczka nad wejściem głosi: PRACA CZYNI WOLNYM. Ciekawe, czy taki obóz przeżyła babcia. Tata mówi mi, że byliśmy tu już wcześniej, kiedy upadł Mur Berliński, kiedy byłem chłopcem i mieszkaliśmy w Polsce. Nie pamiętam tego.

Wchodzimy do zapadającego się dwukondygnacyjnego budynku. Środek tego, co kiedyś musiało być prostopadłościennymi, prostokątnymi kamiennymi schodami, jest wytarty. Ten budynek był domem, ponieważ przy wejściu kuchnia zajmuje róg. Drewniane podłogi skrzypią pod ciężarem ludzi. To, co mogło być salonem, pachnie kurzem.

Gromady turystów chodzą po sali. Plastikowe panele dzielą ściany na kabiny. Stoję przed jednym z paneli i wpatruję się w biały stos wielkości stogu siana, który wygląda jak wełna. Potem dostrzegam obok siebie warkocze, francuski warkocz i kępkę przypominającą peruka.

Znak przy ścianach mówi, że stos zawiera dwie tony ludzkich włosów. Cała ta biel była kiedyś brązowa, ale poszarzała, a potem straciła kolor. Znak mówi, że z włosów zrobiono dywan.

Przechodzę do następnej kabiny. Stos butów. Następnie dobieram poszczególne podeszwy z łatami. Inni mają dziury.

Przechodzę do następnej kabiny. Stos okularów, wybite soczewki. Niektóre ramy są starannie złożone.

Przechodzę do następnej kabiny. Kule stykają się ze sobą jak stos drewna do spalenia, popiół jest rozsypany, dowody zniknęły. Jest kilka sztucznych nóg.

Stosy rosną. Pokój się kurczy. Wzdrygam się.

Wychodzę z budynku. Nie wiem nawet, gdzie jest tata. Nie siadam na żadnym kamiennym schodku, bo nie chcę dotykać ruin.

Czekając na tatę, dostrzegam znak. Informacje są wszędzie. Znak zwraca uwagę na dwa powody, dla których to miejsce zostało zbudowane: Odpowiedź na ostateczne rozwiązanie i zniszczenie przez pracę.

Znak wyjaśnia: Pracownicy wzięli garść cegieł tak daleko, jak mogli przejść w pół dnia i upuścili go, a następnie wzięli kolejną garść cegieł i przenieśli ją z powrotem do miejsca, w którym zaczęli. Następnego dnia zrobili to samo. A potem następnego dnia zrobił to samo. I następny, i następny, i następny.

Czy powolna, straszna śmierć byłaby gorsza niż szybka, straszna śmierć? Nie mam odpowiedzi. Nie znam takiej zagłady. Bez imienia, tylko numer. Potem wynik.

W Ameryce największym cmentarzem, w jakim byłem, jest Narodowy Cmentarz w Arlington, gdzie białe nagrobki zdobią zielone trawniki. Wszyscy ci żołnierze są celebrowani i mają oznaczone imiona. Tutaj jednak znak mówi, że na 50 akrach żyje milion ludzi. Jedno ciało na każde dwie stopy kwadratowe. Można to zrobić tylko przez spalenie ciał na popiół i zmieszanie popiołu z brudem.

Myślę, że to miejsce powinno być wyrównane, ponieważ czuję się nieswojo czytając liczby i chodząc po śmierci. Ale zapomniałem, co powinno być niezapomniane. To miejsce stało się przeciwieństwem swojego przeznaczenia. Nawet zapomniane, to miejsce wciąż tu jest. Dowód do zapamiętania.

Kiedy tata wychodzi z budynku, nie pyta mnie, jak się czuję i nie proszę o wyjście. Mówię, że chcę zobaczyć piece. Gdzie ludzie piekli ludzi. Wydaje mi się, że sam muszę być tego świadkiem, żeby więcej nie zapomnieć.

Przy niskim do ziemi budynku wielkości wagonu przeczytałem kolejną tabliczkę informującą o krematorium. Strażnicy powiedzieli, że jedyne wyjście prowadzi przez komin. Ludzie wpychający ludzi do pieców spisywali swoje relacje na skrawkach papieru, wkładali je do słoików, a potem zakopywali słoiki w ziemi. Pisali na papierze, aby zaświadczyć o tym, co się dzieje. To musiało być tak niewiarygodne, jak jest teraz.

Tak naprawdę nie rozmawiam z tatą, kiedy wychodzimy. Po prostu idziemy. Myślę o tym, jak ludzie wracają do mówienia o pogodzie, kiedy nie ma nic do powiedzenia. Białe chmury przecierają błękitne niebo. To śmieszne, że latem można spodziewać się burz ze śniegiem, błotnistych dróg i mroźnego wiatru. Chcę zapamiętać to miejsce bez piękna. Odwracam się do zarośniętych torów kolejowych przecinających ceglane łuki przez to miejsce. Szyny prawie zbiegają się w znikający punkt.

* * *

W kuchni na drugim piętrze budynku mieszkalnego podgrzewam dłonie wokół filiżanki Nescafé. Liofilizowana kawa ma posmak kakaowy. Prawie smakuje jak gorąca czekolada, ponieważ została zrobiona z mleka na parze.

W Krakowie mieszkamy z Tatą u Małgorzaty, polskiej przyjaciółki Mamy. Tata wyszedł na spacer. Oprócz zrobienia mi Nescafé, Małgorzata postawiła na środku dębowego stołu wannę margaryny, talerz szynki, plasterki pomidorów i glazurowany bochenek chałki - jajecznego chleba pieczonego w warkoczu.

Siedzę w rogu z widokiem na pokój. Małgorzata zmywa naczynia kilka stóp dalej w fartuchu owiniętym wokół talii i ściereczką do naczyń przerzuconą przez ramię. Naturalne światło wpada przez szklane drzwi przesuwne, lekko uchylone na balkon.

Greg, siostrzeniec Małgorzaty, który mieszka nad jej mieszkaniem, wpadł z wizytą. Wygląda bardziej na młodszego brata, ponieważ wyglądają na zbliżonych wiekiem, obaj mają ślady siwiejących włosów. Greg opowiedział mi, jak tego lata wrócił do Polski, uciekając przed rozpadającym się przemysłem budowlanym w Chicago. Jego angielski brzmi równie płynnie jak urodzony obywatel amerykański. Powiedział, że odszedł, ponieważ jest zbyt mało budynków dla zbyt wielu wykonawców. Wyszedł, póki mógł, sprzedając swój dom tuż przed zalaniem rynku.

„Więc” - pyta Greg - „co dzisiaj robiłeś?”

„Udali sie do Auschwitz” - mówi Małgorzata przez ramię.

Nazwa brzmi po niemiecku w każdym języku, w którym ją znasz.

„Obozy?” Pyta Greg. Przechyla głowę, chcąc wiedzieć, co o tym myślę.

Nie wiem, jak wytłumaczyć to uczucie braku możliwości ucieczki przed sobą. Więc po prostu robię wydech i schładzam kawę.

„My, Polacy, jesteśmy twardzi” - mówi Greg. Podnosi rękę, wyciąga rękę, ale zatrzymuje się i kładzie ją z powrotem na stole. Gdyby Greg znał mnie lepiej, prawdopodobnie poklepałby mnie po ramieniu.

Okruchy są na moim talerzu. Nie pamiętam jedzenia kanapki z otwartą twarzą. Jestem pełny, ale nawet nie byłam głodna.

„Moja babcia była w jednym z tych miejsc” - mówię. Nigdy nie pytałem o szczegóły. Nie chciałem wiedzieć. Teraz, gdy zobaczyłem najgorsze miejsce, jestem ciekawy, czego doświadczyła.

„Każdy kogoś zna” - mówi Małgorzata.

„Zgadza się” - mówi Greg. "Przeżyliśmy. Wszyscy z nas. Jak napisała Szymborska…

"WHO?" Pytam.

„Zdobyła Nagrodę Nobla” - mówi Greg, jakby dając mi wskazówkę.

Jestem pewien, że powinienem wiedzieć, kto to jest, ale nie wiem i wzruszam ramionami.

Greg macha ręką, jakby to było nic, i wyjaśnia: „W wierszu pisze widok nie jest widokiem, z wyjątkiem osoby, która go widzi.”

„Całość jest przetłumaczona na angielski?” Pytam.

„Język polski jest piękny, taki prosty” - mówi Greg. „Ale tak, angielski, mimo że jest w innym języku, oznacza to samo”.

Mały szary kot Małgorzaty Myszku wychodzi przez kuchnię na balkon. Ledwo można go trzymać w dłoni. Zaśmiałem się, kiedy powiedzieli mi, że jego imię oznacza „mysz”.

Myślę o innych małych rzeczach, które zbierają się i gromadzą: brud i popiół. Każda osoba staje się częścią kolekcji. Kształt, masa, lista.

Cień przechodzi przez moją twarz. Naturalne światło włącza się i gaśnie, gdy Myszku rozpiera się przed kratkami balkonu. Jest pełen życia. Myszku przedziera się przez metal, zwija się na krawędzi, a potem wyskakuje na otwarte podwórko.


Obejrzyj wideo: Gdy polował na ludzi zakładał szalik i kapelusz. Za co zabijał Amon Göth w obozie Płaszów w Krakowie


Uwagi:

  1. Arashikora

    Jestem absolutnie tego pewny.

  2. Nakree

    talent, nic nie powiesz.

  3. Mebei

    Noteworthy, it's the valuable information

  4. Trevon

    Love has many faces. Love sometimes smiles, sometimes laughs, sometimes cries, and sometimes she, like an angry wild cat, grimaces, hisses and after a moment rushes in your face to scratch out your eyes. Fear this kind of love.



Napisać wiadomość